Nasz przewodnik po Toskanii

Nasi sympatyczni Klienci przesłali nam garść porad na temat najciekawszych miejsc w Toskanii. Ułatwi Wam to zaplanowanie zwiedzania tego magicznego regionu! Zapraszamy do lektury!

To dalsza część opisu wakacji rodziny Państwa Rozwadowskich. Pierwszą część przeczytasz TUTAJ.

Kemping Norcenni Girasole Club w Figline Valdarno jest przepięknie położony! Wśród zalesionych wzgórz, z tarasowo usytuowanymi domkami, cały tonący w zieleni. Kemping jest dość rozległy, ale między górnym a dolnym kompleksem basenowym kursuje co pół godziny darmowa kolejka, która jest już sama w sobie wielką atrakcją dla chłopców.

W obrębie kempingu jest wszystko, co może być potrzebne, aby komfortowo spędzić urlop: kilka restauracji i barów, sklepy, sala zabaw dla dzieci, teren z trampolinami, ściankami wspinaczkowymi i place zabaw dla młodszych dzieci. Są nawet pralki i suszarki (bardzo przydatne przy dłuższym pobycie z dziećmi).

Rozsiane po terenie, stare toskańskie wille (skusiłam się, aby jedną z nich nawet narysować) z apartamentami do wynajęcia są bardzo malowniczo obrośnięte winoroślami i obstawione donicami z drzewkami cytrusowymi.

Ilość zieleni tutaj przywodzi na myśl ogród botaniczny. Między domkami rosną błękitnawe cyprysy, rosłe cedry, stare drzewka oliwne, palmy, bujne żywopłoty z oleandrów i krzewów laurowych. Wszystko to wieczorami, stygnąc po gorącym dniu wydziela zapachy tak cudne, że nie mogę się oprzeć wieczornym spacerom po kempingu, tylko po to, aby nawdychać się tych woni i nacieszyć dźwiękiem grających cykad. Znad basenów rozciąga się widok na całą dolinę Valdarno. Z przycupniętym w dole, pod płaskimi pomarańczowymi dachami, miasteczkiem Figline Valdarno i pnącymi się po drugiej stronie doliny, niebieszczejącymi pagórkami.

Na brzydsze dni mamy zaplanowane zwiedzanie okolicy, choć chłopców trudno będzie odciągnąć od basenów, bo w jednym z nich (krytym) jest podgrzewana woda i nawet w chłodniejsze dni, nic nie stoi na przeszkodzie, aby pływać i pluskać się do woli. Udało nam się jednak zobaczyć kilka niezapomnianych miejsc.

Pierwszy był klasztor Vallombrosa (położony bardzo niedaleko kempingu) w starym, wilgotnym i ciemnym lesie, na szczycie jednego z okolicznych wzgórz. W gorące dni, spacer w cieniu starych murów, pośród ogromnych drzew, musi być wspaniałym wytchnieniem od upału. Do 15 września, dwa razy dziennie, są tam organizowane wycieczki z przewodnikiem po kompleksie klasztornym (o 10 rano i 14:10.), ale nam wystarczył samotny spacer po tajemniczym terenie opactwa Benedyktynów i po sąsiadującym z nim, arboretum.

Zaledwie kilkanaście kilometrów od kempingu leży niesłychanie malownicze Montefiorello – kwintesencja Toskanii. Po drodze były i winnice, i gaje oliwne, i stare wille z drogami dojazdowymi, obsadzonymi smukłymi cyprysami. A miasteczko okazało się tak urokliwe i klimatyczne, że, gdzie się nie obróciłam miałam gotowy kadr do zdjęcia, z fragmentem architektury ukwieconej feerią jaskrawych barw.

W Montefioralle wielki podróżnik i odkrywca – Amerigo Vespucci miał farmę. Ja, gdybym była na jego miejscu, chyba nie ruszyłabym się z tego miasteczka na krok! Miejscowe jedzenie jest tak pełne aromatów (ta oliwa! te świeże zioła!), że trudno mu się oprzeć, ale też obfite posiłki rozleniwiają trochę i zmieniają tempo zwiedzania na zdecydowane “slow”.

Walcząc z lenistwem, namówiłam jednak siebie i chłopaków na wycieczkę do Loro Ciuffenna. Przewodniki milczą na jej temat, ale gdy natknęłam się w internecie na zdjęcie rzeki przepływającej głębokim kanionem przez to miasteczko, postanowiłam zobaczyć to miejsce z bliska.

W świetle chylącego się ku zachodowi słońca, miejscowość powitała nas jaskrawymi kolorami domków, przytulonych ciasno do siebie i do ściany zbocza. Po dojściu do barierek na skraju deptaka dochodzącego do rzeki, poczułam jak miękną mi nogi w kolanach: w ciemnej, głębokiej na kilkadziesiąt metrów, rozpadlinie, płynęła rwąca rzeczka, przeskakując pieniście wielkie głazy. Od tego momentu miałam oczy wokół głowy, żeby w porę zobaczyć przewieszające się przez balustradę dziecko i zdjąć je stamtąd zanim zdąży sprawdzić… co jest po drugiej stronie :-).

Oprócz mnie, na nikim głębokość wąwozu nie robiła żadnego wrażenia i chłopcy, gdyby tylko mogli, najchętniej chodziliby wyłącznie po murkach, odgradzających dolinę rzeki od traktów dla pieszych.

W pobliżu znajdowała się kolejna atrakcja, którą chciałam koniecznie zwiedzić: maleńka wioseczka Gropina to zaledwie kilka domów otaczających górującą nad nimi Pievę di San Pietro. Kościół z VI wieku ma zaś wnętrze, tak dziwne i tajemnicze, że nie potrafię go porównać z żadną romańską, znaną mi budowlą. A to za sprawą rzeźb i zdobień – dziwacznych, zaskakujących w chrześcijańskiej świątyni. Między innymi syrena (identyczna, jak te na kubkach ze Starbucks’a) zdobiąca kazalnicę. Przypatrując się magicznym symbolom na płaskorzeźbach, czułam się, jak podczas czytania książek Dana Brown’a.

Następnego dnia chłopców udało się namówić na zostawienie kempingu, basenów i nowych kolegów, dzięki obietnicy zjedzenia najlepszych na świecie lodów! W tym celu ruszyliśmy do San Gimignano – miasta wież. Jechaliśmy bardzo malowniczą trasą Montevarchi – Radda in Chianti – Cavalina in Chianti, przystając w kolejnych miasteczkach w poszukiwaniu najlepszych win tego regionu. Górska, wijąca się serpentynami trasa, miała dla nas za każdym zakrętem nowy widok: to na szeroką dolinę pokreskowaną liniami winnic, to na starą, kamienną willę, mieszczącą sklep z oliwą lub winami, lub na fragment ciemnego lasu z łupkowymi ostańcami pośród spowitych pnączami drzew.

Na przedostatnim pagórku zobaczyliśmy w końcu średniowieczny Manhattan czyli San Gimignano, strzelające w niebo swoimi czternastoma wysokimi wieżami. Mimo, że kolejka do najlepszych na świecie lodów, wytwórni Doldoni, była długa na pół godziny – chłopcy po otrzymaniu swoich porcji byli wniebowzięci. Ja nie jestem amatorką słodkich smaków więc mnie nie zachwyciły tak bardzo, ale już samo miasteczko – owszem. Mimo, że tłumnie oblegane przez turystów, pozwoliło w labiryncie wąskich uliczek odnaleźć spokojne miejsce i na kawę, i obiad w średniowiecznym wnętrzu. Zwiedziliśmy Muzeum Wina, Muzeum Tortur i napatrzyliśmy się na cieszące oko witryny z pamiątkami. Uległam pokusie i kupiliśmy, na miejscu toczone i wypalane, gliniane kubeczki.

Pojechaliśmy też na pół dniową wycieczkę do Arezzo – miasta z pochyłym placem – Piazza Grande i słynnymi freskami Pierro della Francesca w kościele San Francesco.

Florencję zostawiliśmy sobie na deser. Wiedziałam, że to miasto (w którym byłam już nieraz) znów zostawi niedosyt i zmęczy nas tłumami turystów, większymi nawet niż w Wenecji, ale być w Toskanii i nie zobaczyć Florencji, to jak nie spróbować tortu na urodzinach!

Było już przecież moc innych atrakcji i chłopcy pewnie woleliby zostać na kempingu, ale nie mogłam sobie odmówić odwiedzenia tego miasta, skoro nasz kemping był położony zaledwie o 30 minut jazdy autostradą od placu Michelangelo, od którego zaczęliśmy zwiedzanie. Celowo wykreśliłam z programu zwiedzania główne atrakcje Florencji: katedrę, palazzo Vecchio i Galerię Uffizi (jak chłopcy podrosną wrócimy tu na kilka dni i wszystko powoli, razem zobaczymy).

Tym razem podzieliliśmy się: chłopcy z Tatą poszli oglądać sklepy z zabawkami oraz na plac zabaw w cieniu ogromnych platanów, a ja pognałam do muzeum San Marco z obrazami Fra Angelico i jego freskami na ścianach klasztornych cel. Nie wiem, jak to działa, ale malarstwo Fra Angelico uspokaja mnie, wycisza i łagodnie prowadzi przez historie biblijne. Czas się tam dla mnie zatrzymał. Zachwycałam się tym malarstwem do momentu zamknięcia muzeum. Wezwana przez resztę rodziny, biegłam na parking mijając pośpiesznie kolejne piękne budowle i miejsca, i powtarzałam sobie: “To następnym razem!”.

W ostatnim dniu naszego pobytu w Toskanii wybraliśmy się do miejsca, o którym nie wiedziały nawet przesympatyczne Włoszki w recepcji kempingu, a które znajduje się tylko 5 kilometrów od kempingu. Położone malowniczo na wzgórzu, wśród gajów oliwnych Gaville składa się z paru starych domków i romańskiego kościoła, przy którym, w przykościelnym gospodarstwie urządzono muzeum rzemiosła. Od 1974 roku działa i zbiera z okolicznych wiosek i gospodarstw, eksponaty dotyczące historii życia chłopów – rolników i rzemieślników, na tych terenach.

Chłopcy byli zafascynowani archaicznymi przedmiotami, których opisy głośno im czytał Tata, tłumacząc działanie żarna, krosna, pługa, miecha kowalskiego, czy znaczników bydła. Mnie udało się znaleźć kilka ładnych ujęć z “martwą naturą” w barokowym półmroku, z motywem przemijania.

W drodze powrotnej kupiliśmy w małej, rodzinnej tłoczarni mętną, aromatyczną oliwę na zapas do Polski i oglądaliśmy ze wzgórz ostatni ciepły zachód słońca nad Toskanią, czując, że wrócimy tu, kiedy to tylko będzie możliwe.

 

Pozdrawiam, Anna Kloza – Rozwadowska

Facebooktwittergoogle_plus

Mogą Cię również zainteresować